korpo dziecko

Czasy mamy takie, że – podobna fundamentalna komórka społeczna – czyli rodzina, nie ma łatwo. Praca z nadgodzinami, wyjazdami, dojazdami zabiera nam czas, który moglibyśmy spędzać z rodziną. Stres, brak poczucia bezpieczeństwa, czasem mobbing, zabierają nam radość wspólnych chwil w domu. Ojcowie nie mają łatwo – na głowie targety, kredyty, projekty, presję awansu, zmęczenie i tym podobne. Matki jeszcze gorzej – bo dochodzą wyrzuty sumienia, balansowanie na huśtawce kariery i macierzyństwa. No, ale pozostają jeszcze dzieci. Co dzieje się z nimi, gdy rodzice dzielnie pracują w strukturach niezliczonych korporacji? A no, bywa różnie.

Są Farciarze – czyli dzieci, które mają to szczęście, że mama mogła zostać w domu na dłużej, czyli np. skorzystać w urlopu wychowawczego. Są kochane, rozpieszczane, zabawiane, zadbane i żyją sobie w błogim poczuciu bezpieczeństwa. Kiedy dzieje się coś złego zawsze obok są te najważniejsze ręce, które zaniosą je wprost w ramiona mamy. No, ale kogo na to stać? W końcu to urlop zupełnie bezpłatny (wiem, co mówię, bo sama na takim byłam – kosztem części oszczędności – nie żałuję ani dnia).

Druga grupa maluchów – Szczęściarze – to ci, którzy spędzają dnie w objęciach ukochanych babć, ewentualnie prawdziwych (związanych więzami krwi) Cioć, które kochają tak jak mama, a czasem i bardziej (patrz: grupa „Babcie z sercem na dłoni”).

Trzecia grupa to Mini-pracownicy. Podobnie jak rodzice mają ustalony cykl dnia. Nie ważne czy 8 miesięcy, czy 2 latka w tygodniu: pobudka, czasem i jeszcze po ciemku, jedzenie, ubieranie, a potem … trzeba „odbić kartę” w żłobku lub przedszkolu na 8-10 godzin. Na początku się buntują, potem podobno się przyzwyczajają. Czyli trochę jak dorosły w nowej Korporacji – najpierw mu się podoba, potem się buntuje, a potem … przyzwyczaja. Te jednak nie mają najgorzej, bo kiedy już wpadają w objęcia rodzica, który je z tego „zakładu pracy” zabiera, stają się najcenniejszych skarbem. Mają rodziców, którzy choć muszą pracować na pełne etaty, to każdy wolny czas poświęcają temu, aby miłością, zabawą i wspólnym byciem, wynagrodzić dziecku ten czas, gdy nie są razem.

Kim jest zatem dla mnie to Korpo-dziecko? To ostatnia grupa, ta, której najbardziej mi żal. To dzieci, których rodzice pracują w korporacjach, a po pracy … dalej pracują. Pracują nad swoim wizerunkiem, nad utrzymaniem kontaktów towarzyskich z odpowiednimi osobami, nad swoją kondycją fizyczną, nad swoimi inwestycjami, nad stanem posiadania i co najważniejsze nad własną „samozajebistością”.

Nie byłabym sobą, gdyby nie przekazała Wam pewnej historii, którą jakiś czas temu opowiedziała mi przyjaciółka.

„Podwarszawska, prestiżowa miejscowość. W modnym, prywatnym przedszkolu już od pierwszych dni wyraźnie da się zauważyć prawdziwą, małą damę. Gwiazdeczkę pod każdym względem. Markowe ubrania. Stylizacje niczym córka Toma Cruise. W przedszkolnej szafce zamiast kapci na rzepy, trzy rodzaje bucików w różnych kolorach i „balerinki” w komplecie do tiulowej sukienki. Na początku widząc dziewczynkę w sali czy na placu zabaw, czułam podziw i zazdrość” – opowiada. „Czasem wstyd, że moja córka nie wygląda tak zjawiskowo. Dodatkowo młoda dama chodziła na wszystkie, często bardzo drogie zajęcia dodatkowe. Balet, gra na pianinie, indywidualne lekcje. Kiedy córka pytała dlaczego Diana chodzi, a ona nie, czułam się biedna i bezsilna. Potem poznałam jej mamę. Piękna, zadbana, pełna energii, jeżdżąca fantastycznym samochodem. Zawsze perfekcyjny makijaż, idealne blond włosy i skrojony niczym na miarę, biznesowy strój. Czasem, gdy musiałam zawieźć córkę wcześniej i wpadałam do przedszkola w dresie i porannym nieładzie na głowie, chciałam zapaść się pod ziemię, gdy spotykałam ją na parkingu. Kobieta sukcesu i jej mała księżniczka.

Dopiero wiele miesięcy później, dzięki mojej córce zrozumiałam, jak źle oceniałam sytuacje. Mała Diana przychodziła do przedszkola pierwsza i wychodziła ostatnia. Jako jedyna wiedziała jak ma urządzony dom Pani Dyrektor Przedszkola, bo ta ostatnia czasem musiała zabierać ją ze sobą, gdy przedszkole już się zamykało. Diana zazdrościła innym dziewczynkom, że mogą biegać po podwórku w dresie i wygłupiać się na zjeżdżalni. Ona bała się zniszczyć ubranka, na które mama tak ciężko pracowała. Diana mogła w nieskończoność słuchać opowieści mojej córki o tym, jak piekliśmy wspólnie babeczki na jej urodziny, jak kąpałyśmy razem lalki w pianie, jak zbieraliśmy kasztany i jak robiłyśmy same świąteczne kartki. Moja córka nie rozumiała, dlaczego jej koleżankę tak bardzo to ekscytuje.

– Mamo czy muszę mówić jutro Dianie, że sadziłyśmy razem kwiatki? Bo ona mnie codziennie pyta co robiłam z mamą, a mi się już nie chce.

– To może jutro Ty ją o to zapytasz? – odpowiedziałam przez zastanowienia.

– No przecież pytam, ale ona zawsze mówi to samo, że patrzyła jak mama pracuje.

Kiedyś w wiosenny dzień odbierałam córkę po południu prosto z przedszkolnego placu zabaw. Stałam przez chwilę niezauważona. Moja mała siedziała w piaskownicy i z przejęciem budowała coś z dwoma innymi przedszkolakami. A Diana biegała wokoło spódnicy Pani Przedszkolanki. „Idź się pobaw z dziewczynkami” powiedziała ciepło Pani. „Nie, ja wolę być z Tobą, Ciociu. Ciebie kocham najbardziej” i spojrzała na nią w taki sposób w jaki moje dziecko patrzyło tylko na mnie. Wtedy pierwszy raz zrobiło mi się małej Diany okropnie żal.

Rzadko widuję Dianę z jej mamą i jej mamę z córką. Gdy jakieś dziecko organizuje urodzinki, Diana jest tylko przywożona, a potem odbierana. Mama nigdy jej nie towarzyszy, jest wtedy u fryzjera albo „na paznokciach”. Kiedy spotkałam jej mamę w centrum handlowym, córki nie ma. Pewnie jej przeszkadza w zakupach nowych ciuchów. Kilka razy spotkałam ją w parku. Ja byłam na rodzinnym spacerze, a Ona – sama, na joggingu.” Tak kończy się opowieść przyjaciółki a po niej pojawiają się pytania.

Czy mamy Diany jest spełnioną kobietą? Czy lubi swoją pracę w korporacji? Pewnie tak. Pytanie na jaką kobietę wyrośnie mała Diana. Jakie będzie mieć wspomnienia i jakie zachowa na przyszłość wartości?”

Po usłyszeniu tej historii przypomniała mi się jeszcze jedna. Sprzed kilku lat. Moi znajomi 7 lat starali się o dziecko, robiąc w między czasie zawodową karierę. W końcu się udało! Radość była wielka. Kibicowałam im z daleka i byłam pewna, że ich życie teraz zupełnie się zmieni. Na lepsze oczywiście. Potem sama byłam w ciąży i straciłam z nimi kontakt. Kiedy znów dowiedziałam się, co u nich, poczułam się jak ktoś z innej planety. Otóż, gdy ich synek miał 5 miesięcy zatrudnili nianię. W związku z tym, że pracowali po 10-12 godzin, niania mogła zabierać chłopca do siebie. Kupili jej nawet drugie łóżeczko, zestaw zabawek i ubranek. Wszystko po to, aby ich syn czuł się u niej jak u siebie. Z czasem mały zaczął u niani nocować, bo rodzice a to byli na konferencji, a to na biznesowej kolacji. Niania samotnie wychowywała własnego syna, więc każda złotówka była dla niej ważna. A w weekendy zarabiała podwójnie, bo rodzice musieli wyskoczyć na golfa z prezesem, lub po prostu odstresować się po ciężkim tygodniu pracy i wyjechać na weekend do Paryża. Szczęśliwi, spełnieni ludzie sukcesu! Tylko …. po co im było to dziecko?

Wtedy zrozumiałam, że nie każda matka, siedząc do późna w pracy myśli „co tam u mojego maluszka”? Nie każda ma wyrzuty sumienia, gdy musi wyjechać służbowo? Nie każdej zdarza się płakać w samochodzie, bo korek na Puławskiej okazał się gigantyczny i nie zdąży zobaczyć dziecka, zanim pójdzie spać.

Korpo-dzieci. Twarde, zostawione samym sobie, otoczone całym mnóstwem rzeczy materialnych i tak niewielką ilością tego, co dla nich najważniejsze – miłością i czasem spędzonym z rodzicami.

Znacie takie dzieci? Ja znam … i aż boję się pomyśleć jaki będzie świat, gdy te dzieci dorosną.

A może przesadzam. Może fakt, że rodziców przy nas nie ma przez pierwsze lata życia nic nie szkodzi? Jestem ciekawa Waszego zdania. Napiszcie …

 

 

 

 

Napisz komentarz

1 Comment do "„KORPO-DZIECKO” – znacie takie?"


Gość
a
2 years 3 months ago

Nie wydaje mi sie, ze swiat bedzie jakis inny jak te dzieci dorosna. Korpo dzieci zawsze byly i zawsze beda. Moze kiedys nie bylo korpo, ale niektorzy rodzice niczym sie od opisanych tutaj korpo-rodzicow nie roznili. Ja tesknie za moja coreczka za kazdym razem jak wychodze z domu, w pociagu juz tesknie. nie raz darzalo mi sie plakac, a czasem symulowac grype zoladkowa zeby spedzic 1-2 dodatkowe dni z coreczka. Coz… Mam tylko nadzieje, ze MOJA coreczka bedzie wiedziala, ze jest chciana i kochana i nie bedzie musiala tego mowic ciociom.