WLB

Choć pewnie każdy z Was słyszał o tym modnym pojęciu, pozwolę sobie zacytować Wikipedię: „

Work–life balance” (WLB) to koncepcja zarządzania czasem, stawiająca za cel odnalezienie równowagi pomiędzy „pracą” a życiem prywatnym. Idea jest odpowiedzią na pojawiające się problemy społeczne, takie jak pracoholizm czy wypalenie zawodowe. Ideałem jest stan, w którym wszystkie działania są zgodne z naszymi podstawowymi wartościami i służą naszej wizji i celom. Zgodnie z ideą WLB, pracodawca powinien doceniać swojego pracownika i dbać o jego dobre samopoczucie i zadowolenie z pracy.

A jaka jest rzeczywistość?

Warszawa. Młode małżeństwo z rocznym synkiem. Jeszcze trzy lata temu, nie widzieli poza sobą świata. Poznali się w korporacji i od razu wiedzieli, że są dla siebie stworzeni. Flirtowali w czasie pracy. Uciekali na wspólne lunche. A cały weekend spędzali na przyjemnościach, wydając przy tym niemałe pieniądze. Ale przecież stać ich było, w końcu korporacje dobrze płacą. Nadgodziny nie miały znaczenia, bo przecież czekał jeszcze miły wieczór we dwoje. Gdy zamieszkali ze sobą i On się oświadczył, byli pewni, że nikt i nic nie jest w stanie zburzyć ich szczęścia, a już na pewno nie praca. Oboje byli ambitni, zajmowali menedżerskie stanowiska i choć stres dawał o sobie znać to młodość, miłość, sex i nieco alkoholu, było wystarczającym antidotum. A poza tym wszyscy znajomi tak żyli. Szkolenia, wyjazdy integracyjne, konferencje. Ciężka praca pod presją, ale za to wysokie zarobki i świetna zdolność kredytowa. Zaraz po ślubie postanowili spełnić marzenie i kupili piękne, dwupoziomowe mieszkanie. Nowe, pachnące, prosto od dewelopera. Z kredytem nie mieli najmniejszego problemu. Potem przyszła pora na wymarzone dziecko. A wraz z nim na kolejne kredyty. Nowy samochód, spłata kart kredytowych „zajechanych” w Ikea i marketach, na niezliczoną ilość pampersów i słoiczków. Nawet nie zauważyli, kiedy ich cudowne życie zderzyło się z czymś, co nazywa się „doba” i trwa niestety tylko 24 godziny.

Pierwszy szok przeżyła Ona.

Po dwóch cudownych tygodniach, gdy wspólnie z mężem cieszyła się każdą chwilą spędzoną z maleństwem została sama. Nikt już nie zmieniał jej w nocy, bo przecież mąż musiał się wyspać. Gdy synek pierwszy raz się uśmiechnął, jego nie było. Gdy w kąpieli chlapał wesoło rączkami, aż chciała krzyknąć „zobacz, jak mu się podoba!”, ale jego jeszcze nie było z pracy. Gdy patrzyła jak zasypia, pachnący słodką oliwką – płynęły jej z oczu łzy, ze szczęście i ze smutku, że nie ma tego szczęścia z kim dzielić. Na dodatek w weekend mąż musiał wyjechać na szkolenie. A w kolejny musiał pracować, bo zamykali kwartał itd. itd. Jak nie zebranie, to szkolenie. Jak nie koniec miesiąca, to nowy projekt. Zawsze coś ważniejszego od rodziny. Gdy odpowiadała mu o synku i pokazywała wieczorem zdjęcia na smartfonie czuła, że jest myślami zupełnie gdzie indziej. Spędzała sama z dzieckiem 14 czasem 16 godzin. Gdy On wracał marzyła o czułości i bliskości, ale zamiast tego okazywała mu swoje niezadowolenie, odsuwając się od niego. Koleżanki z pracy przestały dzwonić. Jej nie interesowały już biurowe ploteczki, a ich nie interesowały opowieści o uczuleniach i pierwszym ząbku. I tak została ze swoimi spełnionymi marzeniami sama i coraz bardziej rozżalona.

On wcale nie czuł się lepiej.

Dobra trwa ile trwa. A tu przecież trzeba pracować minimum 10 godzin, plus dojazdy w korkach tam i z powrotem jakieś 3 godziny, a po drodze zakupy, apteka, bo mały znów gorączkuje. W końcu upragniony powrót do domu. Ale synek już śpi. Pewnie obudzi się w nocy, ale On już go nie zobaczy, bo rano ma zebranie i musi się wyspać. Z żoną też już raczej czasu nie spędzi, bo musi przygotować jeszcze na jutro prezentację, a Ona i tak ma stos prasowania i jeszcze coś wspomina, że chciałaby się w końcu spokojnie, dłużej wykąpać. Rano On wychodzi jak jeszcze jest ciemno. Pada deszcz, więc dojazd do pracy może zająć nawet 2 godziny. Zajrzał jeszcze do pokoju Synka i zobaczył, że nie ma go w łóżeczku. Wystraszył się, ale już po chwili zauważył, że mały śpi wtulony w Żonę na kanapie. Nawet nie słyszał, że wychodziła z sypialni, był wykończony. Stojąc w korku kolejny raz obiecuje sobie, że dziś wyjdzie wcześniej. Uwija się cały dzień w pocie czoła, ale niestety o 16-stej dostaje maila od szefa. „Musimy dziś dokończyć ten projekt. Zwołaj zespół i przyjdziecie do mnie za pół godziny”. Wie, co powinien odpisać, już nawet układa mu się w głowie gotowa odpowiedź: „Szefie proszę o zgodę na spotkanie jutro o 8:00. Będzie dużo bardziej efektywne. Dziś nie mogę zostać po godzinach, a i zespół również jest już zmęczony. Zobowiązuje się zamknąć temat maksymalnie do 10 rano.”

Ale potem jego ręka zawisa w powietrzu nad klawiaturą. Nie mogę. A jak się wkurzy? Zwolni mnie? Na moje miejsce czeka już dwóch pracowników. Wszyscy zawsze zostają. A jak zapyta, dlaczego nie mogę zostać? Co mu powiem, że chce pobawić się z synem? Pytania, obawy, lęki. Robi forward wiadomości i przesyła zakamuflowane zlecenie pracy po godzinach do kolejnych 5 osób. Czy one coś mu odpiszą? Nie, stawią się grzecznie całą gromadą pod gabinetem Szefa punktualnie o 16: 30 i zaczną zebranie, która skończy się nie wcześniej niż o 20-stej. O tej godzinie praca zawsze się dłuży, bo zmęczenie robi swoje i zamiast „burzy mózgów”, rozwiązania są „rodzone w bólach”.

Tymczasem Ona pisze rozpaczliwe smsy: „Dlaczego nie odbierasz!?”, „Nie mogę małemu zbić gorączki, czy mam wzywać lekarza do domu?”, „Odezwij się, nie wiem co robić!” Jednak On ich nie widzi. Szef nie życzy sobie zerkania na telefon w czasie zebrania. To go rozprasza i irytuje. A On zapomniał dać jej znać, że wyjdzie później.

Historia kończy się jak wiele tego typu. Ona oskarża go o całe zło tego świata. On broni się tym, że musi zarabiać na życie i spłatę ich wspólnych kredytów. A najgorsze dopiero przed nimi.

Kończy się urlop macierzyński. Młoda mama musi wrócić w tryby korporacyjnej machiny. Nie wszystkie koleżanki są zachwycone. Co najmniej jedna miała nadzieje, że nie wróci i będzie mogła zająć jej stanowisko. Ukochany synek zostaje z nianią. Obcą osoba, która przez następne dwa lata ma spędzać z nim większość czasu i zastępować mu matkę i ojca. Czynnościami karmienia, przewijania i zabawy – zastępować miłość i czułość rodziców. Najważniejsze momenty ma przekazywać rodzicom na zdjęciach i nagraniach video.

Nie jest łatwo. Dla młodych Mam nie ma taryfy ulgowej, wręcz przeciwnie. Trzeba się wykazać i udowodnić, że ostatni rok spędzony w domu z dzieckiem nie zrobił z kobiety debila. Należy udowodnić, że nadal jest się w pełni dyspozycyjnym, bo jeśli nie, może firma zaproponuje wielkodusznie mniej eksponowane stanowisko. Mijają tygodnie, miesiące. Doba naszych młodych małżonków zaczyna coraz mocniej dusić ich za gardła. Jest czas na pracę, bo musi być. Ale czas dla dziecka tylko w weekendy i to pod warunkiem, że firma nic nie zaplanowała. Każda wolna chwila wypełniona milionem obowiązków: praniem, zakupami, wizytą u lekarza, prasowaniem, gotowaniem. A czas dla siebie? Dla męża, żony, rodziny, przyjaciół? Tego już doba nie zmieści.

Któregoś dnia, Ona kończy wcześniej szkolenie. Jest piękny słoneczny, wakacyjny dzień. Postanawia złamać zasadę i nie wraca już do biura. Jedzie do domu. Wchodzi cicho do mieszkania i słucha. Do jej uszu dochodzi radosny śmiech synka, pluskanie wody i głos wciąż obcej osoby „Brawo kochanie! Ślicznie pływasz! Super skarbie!” Wchodzi do salonu. Na osłonecznionym tarasie widzi Nianię i jej synka radośnie chlapiącego się w dmuchanym baseniku. Stoi i patrzy jakby ktoś ukradł jej życie. I pyta sama siebie: „Dlaczego to nie ja bawię się z synkiem na tarasie?”, „Dlaczego ktoś obcy mówi mu: kochanie, skarbie?. Dziecko jest szczęśliwe, ale jej pęka serce.

Miesiąc później jest na urlopie wychowawczym. Mieszka na wsi u rodziców. Spędza mnóstwo czasu z synem. Szuka pomysłu na własny biznes. Odzyskuje radość życia. I nadal ma nadzieję, że kiedyś odzyska też męża.

Duże miasta, w nich niezliczone korporacje, duże firmy i tysiące pracowników. Każdy pracodawca zna ideę WLB, działy HR próbują tworzyć politykę, strategię wspomagającą tworzenie właśnie takiego środowiska pracy. Specjaliści od PR doradzają, co firma powinna zrobić, aby uchodzić za dbającą o potrzeby swoich pracowników. Na zewnątrz wydaje się, że coś się zmienia. Zmienia na lepsze, bo przecież wszyscy o tym wiedzą, rozumieją, jakie to ważne. A od wewnątrz – pracą rządzą stare, niezmienne prawa. Kto nie pracuje po godzinach, znaczy, że się nie angażuje. Kto nie pije na firmowych imprezach, ten „kapuś”. Kto nie chce pracować w weekend, też nie utożsamia się z Firmą. Kto nie rywalizuje – ten przegrywa. Wyścig szczurów nadal trwa. Zyski firm są najważniejsze. Efektywność jest wtedy, kiedy prace dwóch osób może wykonać jedna.

Kto się buntuje ten niegodzien pracować w tym świętym miejscu – jakby powiedział Król Julian

Czy można jednak coś z tym zrobić? Czy można walczyć o siebie, o poczucie sensu w życiu, o szacunek dla prywatnego czasu, gdy trzymają nas w garści raty kredytów, zobowiązania, wybrany standard życia? Jest wiele pytań. Czy można być kobietą sukcesu i dobra matką jednocześnie? Czy pracownik korporacji może być również ojcem? Czy to kiedyś przestanie być wstydem, że młody tata nie chce iść na imprezę integracyjną, bo woli spędzić czas z rodziną?

A co Wy o tym myślicie? Czy work-life-balance jest możliwy w polskiej korporacji? Czy znacie sposoby jak bronić swoich granic? Jak bronić wartości, które są dla nas w życiu najważniejsze, nawet, jeśli jest to ryzykowne?

Napisz komentarz

5 Comments do "Kto się buntuje – ten niegodzien pracować w tym świętym miejscu."


Gość
B ...
2 years 10 months ago

Jakie to prawdziwe. Ale nikt nie widzi ciężkiej pracy, stresu, ludzi pracujących w korpo. Przecież to nie pracownicy kopalni, nie zablokują Warszawy choć grupowe zwolnienia to standard w tej robocie.

Gość
Anna Gwóźdź
2 years 10 months ago

B … bo różnica polega na tym, że górnicy potrafią się zjednoczyć i zastrajkować, gdy są zwolnienia grupowe a pracownicy korpo – nie. Tam jest jedność a tu jest strach i każdy się martwi o siebie. Czyż nie tak? A co by było gdyby wszyscy pracownicy np. sprzedaży w ramach strajku wzięli jeden dzień urlopu na żądanie? Wszyscy … Oj działo by się.

Gość
B ...
2 years 10 months ago

Zgadzam się z Tobą w 100%. My boimy się, że zaraz nas zwolnią i dlatego na to pozwalamy, jesteśmy pokorni jak barany prowadzine na rzeź.

Gość
Tadek
2 years 10 months ago

Mój wpis raczej nie odpowie na zadane przez Autorkę pytania, ale opowiem pokrótce o swoim „sposobie” na korporacje i o tym, skąd się on wziął – a nóż komuś się przyda. Jednak jego stosowanie jest raczej uwarunkowane zaistnieniem mieszanki odpowiedniego bagażu doświadczeń z odpowiednią osobowością korpoludka – chyba po prostu każdy indywidualnie musi dotrzeć do punktu w którym coś w nim pęknie. Sam jestem korpoludkiem raptem od 15 lat i z biegiem lat upewniałem się tylko, że moja rola w korporacjach sprowadza się do roli tubki pasty do zębów. Mimowolnie wypracowałem więc autorską zasadę DTJANM (doić, to ja, a nie mnie) – pierwsza litera może oznaczać także inne czynności. Istotnym katalizatorem, który przyspieszył moje przebudzenie i sprawił, że odpowiednio (jestem o tym święcie przekonany) spoglądam na korpoświat był wypadek samochodowy, w którym uczestniczyliśmy całą rodziną (wtedy jeszcze 2+1) wracając z beztroskich wakacji nad Bałtykiem. Wypadek na szczęście okazał się nie być groźny, choć stan aut mógłby wskazywać na coś innego, ale najistotniejsze były uczucia, których doświadczyłem w pierwszych kilkunastu sekundach po uderzeniu. I choć nie było w tym zdarzeniu mojej winy, doznałem wtedy najprawdziwszego olśnienia i zrozumiałem rzeczy, nad którymi wcześniej nie było okazji/potrzeby żeby się zastanowić. Pierwszych kilkanaście sekund, to był emocjonalny mega rollercoaster: najpierw cholerny, wręcz nie do opisania, niepokój czy z moim dwuletnim wówczas synkiem i żoną jest wszystko dobrze, czy nic złego im się nie stało (siedzieli z tyłu, więc nie widziałem), a potem uczucie niewysłowionej ulgi, którego dotąd nie doświadczyłem, kiedy okazało się, że wszystko jest ok. W mgnieniu oka zrozumiałem co w życiu jest najważniejsze i jak się można domyśleć nie była to praca. Następnego dnia wydłużyłem 2-tygodniowy urlop o dodatkowy tydzień – i nie pytałem czy mogę, tylko oznajmiłem swoją decyzję, chociaż akurat wtedy szefa miałem w porządku. Od tamtej pory korporacje stały się narzędziem w moich rękach, a koncepcję WLB realizuję sobie sam, nikogo nie pytając o zgodę. Żeby zostać dobrze zrozumianym – nie zacząłem się obijać, chodzić na zwolnienia (dzięki Bogu już od 8 lat nie było takiej potrzeby), czy lawirować. Nie. Pracuję najlepiej jak potrafię, nawet wychodzę poza schematy, dbam o swój kawałek roboty, ale wszystko w zgodzie ze sobą i z zasadą DTJANM. Kiedy tylko pojawiła się okazja żeby uciec z Warszawy, skrzętnie ją wykorzystałem i teraz dojazd zajmuje mi 5 minut – czyli codziennie mam jakieś 2-3 godziny więcej dla rodziny – pewnie wiecznie tak nie będzie, ale dobre i kilka lat. Pracuję nie więcej niż 8 godzin, wykorzystuję wszelkie prawa jakie ma pracownik i to samo umożliwiam swoim podwładnym, szefom mówię to, co chcą usłyszeć, a sam mam zupełnie zerowe ambicje w kwestii robienia „kariery” i wspinaczki w korpo-hierarchii. Automatycznie nie interesują mnie zatem żadne rankingi i dzięki temu jestem odporny na wmawianie mi, że będąc niżej w rankingu jestem w czymś gorszy od kogoś, kto jest wyżej – bez tego też byłbym odporny, ale to inna kwestia. Nie przywiązuję się do konkretnej korporacji, bo wiem, że ona nie jest i nie będzie przywiązana do mnie – zbyt wiele przetrąconych „karier” widziałem. Nie jest może łatwo i na pewno nie jest wygodnie prezentować taką postawę, ale warto. Świadomość, że ma się mózg odporny na pranie jest bezcenna. I żyjemy sobie w takiej jakby symbiozie – ja i korporacja. Ja, to taka nawet pożyteczna, ale oportunistyczna i niepodległa bakteria żyjąca wewnątrz organizmu korporacji. Jak większość korpoludków również mam kredyty do spłacania i przyzwyczajenia związane ze standardem życia, ale żyję i pracuję ze świadomością, że nawet jeśli kiedyś komornicy zabiorą mi wszystko, to będę miał to gdzieś. A że do głupich nie należę i znam swoją wartość, to wiem również, że zawsze dam radę ogarnąć parę zł żeby było co do garnka włożyć. I nawet jeśli przyjdzie mi mieszkać całą rodziną gdzieś kątem w jednym pokoju, nie będzie to miało żadnego znaczenia, bo liczą się tylko oni…

Gość
Anna Gwóźdź
2 years 10 months ago

No i niczym „Królowi Julianowi” ( który mi nieustannie poprawia humor ) ślę Ci pokłony!!! Za to, że chciałeś się tym podzielić i za to jakie jest to, w moim odczuciu, trafne. Ile ja bym dała, żeby nauczyć się tego dystansu do pewnych rzeczy. Niestety jako typ emocjonalny – mimo, iż bronię się przed praniem mózgu – to jak pewne rzeczy dzieją się na mnie albo obok mnie, to się wściekam, flustruję, złoszczę, nosi mnie, nie mogę spać, chcę pomagać innym, choć nie zawsze chcą, dołuję się, próbuje walczyć z wiatrakami, dostaje za to po dupie …. i tak dalej i tym podobne. Muszę ten Twój komentarz przeczytać jeszcze z 10 razy tak, żeby wszedł mi w krew … dziękuje w imieniu swoim i innych Korpoludków :)