Miałam napisać o czymś innym, ale spotkało mnie dziś coś niesamowitego i muszę się tym podzielić. (w ogóle ostatnio spotyka mnie dużo niesamowitych rzeczy, ale ta dzisiejsza mi naprawdę dała „kopa”)

Jak wiecie, przez wiele lat byłam managerem. Często kierowałam się w pracy intuicją, tzn. słuchałam trochę serca, trochę rozumu, a trochę mniej podręczników.

I właśnie będąc sobą i działając po swojemu, często używałam komunikatu „MY”. A dlaczego? Bo zawsze mi się wydawało, że ja, moi pracownicy, doradcy, managerowie – to jeden zespół. Jedziemy na jednym wózku, a więc stanowimy jedność, gramy do jednej bramki. No, więc uparcie mówiłam: „MusiMY przygotować plan działania”; „Kochani, to spróbujeMY inaczej”, „Moi Drodzy musiMY przyspieszyć” i tak dalej, i tak dalej.

Aż nagle po kilku latach, na mojej drodze stanął prawdziwy Fachowiec – doświadczony Manager, akredytowany Coach ICF, trener biznesu. Spędził ze mną cały dzień pracy i na koniec podzielił się ze mną swoimi obserwacjami w eleganckiej i modnej formule „feedbacku”. Oprócz kilku miłych uwag na temat moich umiejętności managerskich, dostałam też jedną kluczową krytykę: muszę zmienić sposób komunikacji z „MY” na „WY”. Czyli: „Wy musicie, Wy zrobicie, ja rozliczę”. Mój dotychczasowy sposób komunikacji rozmywa odpowiedzialność, nie uczy ludzi samodzielności, nie pozwala skutecznie rozliczać …słowem jest do bani.

No i naprawdę się przejęłam – fatalny ze mnie szef i muszę to zmienić. Przez kilka tygodni stresowałam się i pilnowałam na każdym spotkaniu, żeby przypadkiem nie chlapnąć „ZrobiMY”, „ZadziałaMY”. Postanowiłam zostać w końcu „profesjonalnym” managerem. Potem jednak życie napisało dla mnie inny scenariusz, poszłam na urlop wychowawczy i przestałam trenować nowe metody, a potem chyba o nich zapomniałam.

A dziś, mniej więcej po dwóch tatach od tamtego coachingu, dostaję taką wiadomość. Pisze do mnie czytelniczka mojej książki. Pisze o wrażeniach po przeczytaniu „Sary”, ale i o tym, że kiedyś jakieś 3-4 lata temu pracowała w jednym w oddziałów, którym zarządzałam. Pozwolę sobie zacytować, choć nie dosłownie, aby uszanować jej prywatność i anonimowość.

„…przypomniało mi się wtedy, jak byłaś naszym dyrektorem, przyjechałaś do nas na spotkanie i po zebraniu zabrałaś głos, i powiedziałaś: ZROBIMY, DAMY RADE, MUSIMY WZIĄĆ SIĘ W GARŚĆ… Strasznie głęboko zapadły mi te słowa w pamięci, bo to było zupełne przeciwieństwo tego, co do tej pory słyszałam i strasznie mnie to podbudowało, że ktoś razem z nami, chce wziąć problem „na klatę”…. Do tej pory to wspominam i zawsze będę wszystkim powtarzała, że dla mnie jesteś wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o zarządzanie”

Łzy pojawiły mi się w oczach.

I jak myślicie – to być sobą czy nie?

Być szefem „podręcznikowym”, czy po prostu takim, jak się czuje? „Sztywnym” profesjonalistą czy szefem „z ludzką twarzą”? Jakimi Wy jesteście szefami? Jakich chcielibyście mieć?

Napiszcie. Może to zainspiruje jakiegoś managera.

Napisz komentarz

6 Comments do "No to w końcu: być sobą czy nie?"


Gość
Tadek
2 years 8 months ago

Moim zdaniem z uczeniem się szefowania jest podobnie jak z uczeniem się bycia ojcem/matką. Uczymy się bycia rodzicem jeszcze zanim nam do głowy przyjdzie zakładanie rodziny. Kto ma fart (jak ja) trafia głównie na dobrych szefów i od nich mimowolnie uczy się szefowania, nawet jeśli jeszcze nie planuje zarządzać ludźmi. Mój stosunek do korporacji i poziom ambicji, o których pisałem przy innej okazji, sprawia że pewnie nigdy nie będę szefem podręcznikowym. Robili mi srylion szkoleń, coachingów, ale niczego to nie zmieniło. No i dobrze, bo skoro moje podejście działa (raz lepiej raz gorzej – jak w życiu), a ja czuję się z nim dobrze i moi ludzie też, to niech sobie tak będzie. Oczywiście można być kutafonem i wycisnąć dodatkowe % do wyniku mocno cisnąc, strasząc, blokując urlopy itd., ale to ma krótkie nogi i szybko odbija się czkawką na różnych płaszczyznach – tak sądzę. Ja ze swojego podejścia jestem zadowolony chociaż może ono kiedyś we mnie uderzyć rykoszetem i pewnie uderzy. Wierzę jednak, że czyny/postawy z czasem do nas wracają i procentują, czasem wracają nawet dość szybko. Dlaczego jestem z siebie taki zadowolony? Bo pracuje się nam lżej i przyjemniej osiągając przy tym zbliżone efekty do innych, a w niektórych aspektach nawet lepsze:
1. Atmosfera w pracy – wszyscy nie mamy problemu ze wstaniem rano z łóżka i przyjściem do pracy, mimo że zazwyczaj nie jestem szefem-kumplem. Podobno wcześniej atmosfera była grobowa, więc mam ułatwione zadanie.
2. Wszyscy dookoła mają braki kadrowe, a ja nie. Zero zwolnień chorobowych. Dziewczyny zachodzą w ciążę kiedy im pasuje, a po potwierdzeniu u lekarza nie kładą się od razu do łóżka. Same z siebie pracują do kiedy czują się dobrze – jedna pracowała do piątego, inna nawet do siódmego miesiąca. Wcześniej nie do pomyślenia – nawet zachodzenie kiedy im pasuje było nie na miejscu i trzeba było ustawiać się w kolejce.
3. Trzeba popracować w sobotę lub w niedzielę (głównie promując się na imprezach plenerowych) – bez miauknięcia skład stawia się w komplecie. Oczywiście wszyscy odbieramy dni wolne w tygodniu.
4. Mniejsze ciśnienie = lepsza jakość sprzedaży (choć ilość tradycyjnie dla moich szefów zbyt mała), bo nie za wszelką cenę, przemyślana, dobrze dobrana. Co za tym idzie, w porównaniu do innych, lepsze przychody, lepsza jakość portfela, prawie zerowe rezerwy, itd.
5. Czasem jak idzie nam gorzej i moim pracownikom wydaje się, że chodzę markotny (dobrze gram), to sami z siebie szukają sposobów, łapią za telefony itp. żeby poprawić sytuację i mój nastrój. :)
Minusy też są. Np. powyższych sukcesów moi szefowie wolą nie zauważać (zwłaszcza punktów 4 i 2), szczególnie jeśli akurat w „rankingach sprzedaży” jesteśmy niżej. No ale taka ich robota, a moja wziąć to na klatę, a potem jednym ruchem z klaty strzepnąć na podłogę i dalej robić swoje i po swojemu.

Autor
2 years 8 months ago

Tadek – zgadzam się całkowicie. Bycie sobą ma zasadniczy plus. Kiedy coś mi nie wyjdzie, wiem gdzie szukać. Kiedy coś mi się uda, wiem komu pogratulować. Lepiej popełniać własne błędy i się na nich uczyć. A kiedy się osiąga jakiś sukces to czuć prawdziwą satysfakcję.

Gość
Kasia
2 years 8 months ago

Być sobą przede wszystkim…U mnie to się sprawdza. Autentyczność jest tak deficytowym zjawiskiem ze to dzieki niej można osiągnąć wiele. Kiedyś fakt wiedza książkowa wywoływała efekt wow, jednak doprowadziło to do tego ze ludzie uczyli się na pamięć jacy powinni byc a nie jacy są. Tak wiec aktualnie na stanowiskach mamy osoby które potrafia pięknie mówić a nie efektywnie i UCZCIWIE działać. Sama miałam momenty kiedy zadawalam sobie nieustannie pytanie jakim szefem powinna być, mając różne wzorce do których dazylam. Dzisiaj jestem szczęśliwym szefem który ma twarda rękę z ludzka twarzą:) da się ale długo by tu pisać. Może kiedy indziej rozwinęła temat. Dobranoc

Gość
Anna Gwóźdź
2 years 8 months ago

To ja zachęcam! Kasiu napisz coś jeszcze w wolnej chwili. Ja mam taką obserwację, że szefowie boją się pokazać tą ludzką twarz, bo wtedy stracą autorytet, ludzie wejdą im na głowę, nie będą efektywni i tego typu obawy. Ja wierzę, że tak być nie musi. Wyciągając do drugiej osoby ( pracownika, współpracownika ) rękę, liczymy na to, że ktoś poda nam swoją. I wtedy razem, wspólnie – możemy wiele osiągać. Jeśli jednak druga strona da tylko palec, to wtedy układ się rozsypie. Szef szybko wyczuje, że pracownik go wykorzystuje, ale to nie on na tym straci, tylko właśnie ten pracownik. Więc czemu tej ręki nie wyciągać? Fakt, może się zdarzyć i tak ( mi się zdarzyło ), że ktoś tą rękę ugryzie … ale wtedy znacie to powiedzenie „nie gryzie się ręki, która Cię karmi”. Będąc sobą, możemy zobaczyć szczerość u innych. Budując mur nigdy nie widzimy dokładnie co się za nim dzieje.

Gość
kolo
2 years 8 months ago

Pracowałem pod kilkoma dyrektorami i jeszcze nie trafiłem na normalną osobę. Mówię tu o swoich bezpośrednich przełożonych. Każdy momentami był spoko a czasem wychodził z niego taki skur..syn, że aż się zastanawiam jak sam przed sobą może być fair z takim zachowaniem. Niestety nie znalazłem odpowiedzi. Byłem też na rozmowie w sprawie objęcia kierowniczego stanowiska ale po zaprezentowaniu mojego pomysłu na biznes czyli „ludzką twarz szefa” zostałem dalej pracownikiem sprzedaży i już tym zygam. Już nie „bawie się tą pracą”

Gość
Anna Gwóźdź
2 years 8 months ago

Myślałam o tym co napisałeś, że Szef potrafi być normalną osobą , aż nagle wychodzi z niego taki s…syn. I przyszedł mi to głowy taki obraz. Zaszczute i wystraszane zwierzę, niestety gryzie. I niestety, tak się często dzieję w korporacjach. Presja na Managerów jest tak duża, poziom stresu tak silny, że w końcu fala się rozlewa. Ja mam ciężko, więc i oni będą mieć ciężko. Mnie gnębią i stresują – to i ja muszę. Jestem przekonana, że tylko niewielki odsetek „tych złych” Szefów pracuje w taki sposób, bo dręczenie innych sprawia im przyjemność. Zdecydowana większość powiela te same błędy, bo po prostu nie wierzą, że można inaczej. A czasem wręcz „kultura” korporacyjna im na to nie pozwala.